

Straszne to, co przeczytacie poniżej. Już nawet o tym nie pamiętałam, ale zdarza się tak, że wpada się czasami na przeszłość swoją, a to robiąc porządki w szufladzie, w pamiętnikach, czy jak w tym wypadku przeglądając stare płyty z archiwum nieistniejącego już sprzętu. No więc przytrafiło się kiedyś coś takiego i spisało się to całkowicie na "gorąco" - na ile tylko można pisać na gorąco w październiku ;) Sentyment jednak mam okrutny do tego tekstu, choć koszmarny jest, wiem o tym doskonale. Pomimo jednak całej tej swojej bezdennej głupoty przypomina mi to, com wtedy czuła i jak żywe stają mi te obrazy.
Wam natomiast serwuję to, czegom nie mogła uwiecznić wówczas - Kościół św. Stanisława, św. Doroty i św. Wacława - zwany nieoficjalnie świątynią trzech narodów. A lekturę cóż, traktujcie z przymrużeniem oka, takim 20-letnim przymrużeniem :P
2001
10 października, godzina 7.30, jest już na tyle jasno, że pogasły wszystkie latarnie. Oczywiście, jak biczem, co chwilę smaga zimny wiatr i nic tylko wtulić się można w samego siebie. Cholerne przeciągi na ulicach, a tu jeszcze apteki mi nie otworzyli. Cholerny świat w którym ktoś wymyślił, że dzień zaczyna się od 8, a kończy na 22.30.
- A szarp sobie drzwi – przechodzi mi przez głowę.
Odpuszczam w końcu i ze zwieszoną głową wracam na chodnik, ukradkiem spoglądając na tych sympatycznych przechodniów, czy czasem nie śmieją się pod nosem, że chciałam budzić miasto za dwadzieścia ósma. I znów czuję, jak strofują mnie te poczciwe mury, w których poczciwe mieszkania, w których mieszkają poczciwi ludzie, którzy wychodząc z domu stają się poczciwym przechodniem i poczciwą panią w sklepie i poczciwym dozorcą i tylko kloszardzi nie są poczciwi.
- Ale idiotka, siara kurwa, siara – przeżywam jak dziecko.
Pozostaje już tylko puścić się dalej, nic nie mówiąc, oddać się bez szemrania we władanie świateł. Są i pierwsze. Po drugiej stronie niewidocznej fosy tkwi moja pani z apteki, spokojnie i obojętnie. Nawet jej do głowy nie przyszło, że jakiś głąb już dobijał się do drzwi. Zastanawiam się czy może nie zaczekać... ale nie, bez sensu. Jest dopiero za dwadzieścia, a punktualnie też nie otworzą.
Ciągnę się więc dalej, gdy tylko opadnie most zwodzony. Jeden, drugi i już jestem po drugiej stronie lustra. I czuję się rzeczywiście jak Alicja, bo oto przede mną mój wykładowca, zaspany, w starej kurtuni, z jakimś idiotycznie malutkim (zbyt malutkim) pieskiem, na idiotycznie długiej (za długiej) smyczy. Wrocław, no po prostu Wrocław. Czuję się, jakbym mu weszła w kaloszach (przez lustro) do sypialni i oglądała rozkład pokoju. Gdy mnie zauważa ma taki wyraz twarzy, jak gdybym go w tych kaloszach obudziła i kazała natychmiast wyskakiwać z łóżka. Mówię „dzieńdobry”, jak najbardziej obojętnie, ale uprzejmie, żeby załagodzić sytuację. Poczciwina.
Pozostaje tylko zaśmiać się do się samej i brnąć dalej dokąd nogi poniosą. A niosły krótko, gdy nagle oczom mym ukazał się kolejny stwór dziwaczny. Bez kwitnący w październiku? Widziałam już kasztany, oswoiłam się z nimi nawet, ale bzu ujrzeć nie myślałam. Cały zziębnięty, liście zwinięte jak podkurczone kolana, a z cherlawych pąków przebija się białość niewinna październikowym porankiem. Zastanawia mnie ten dzień, to miasto, bo nim skończę swą myśl zapieje kogut trzy razy, a przede mną powstanie tak wielki i obojętny, lecz nie nazwą, ale murami. Kościół Trzech Narodów. Zachwyca mnie tajemniczością, chłodem. Chwytam za aparat, którego nie mam, który nie istnieje, robię zdjęcie wierząc w nieistniejący talent.
Zbiegam ze źle skrojonych schodów, siadam na poddaszu i piszę te słowa.